|
Wielkie pranie Łodzi Mało jest miast tak sponiewieranych przez samego człowieka, jego chciwość i brak wyobraźni, jak właśnie Łódź. To wielkie miasto, położone blisko geograficznego centrum kraju, miało pecha co
najmniej od 1820 roku, kiedy zaczął się w nim gwałtowny, niekontrolowany rozwój przemysłu włókienniczego. Już sama lokalizacja była fatalna, bo Łódź była upośledzona pod względem komunikacyjnym: nie miała i nie ma dużej spławnej
rzeki, leżała w sporej odległości od szlaków kolejowych, a ponadto ogromny pośpiech i głupie oszczędności inwestorów spowodowały, iż budowano miasto pozbawione wygód, tandetne i brudne, za to pełne kopcących kominów. W późniejszych
latach, w okresie międzywojennym i po II wojnie światowej, nie było już tak źle, ale tych początkowych zaległości nie udawało się nadgonić.
Zaczęło się to dopiero w czasach nam współczesnych i nie bez udziału presji opinii międzynarodowej, przywiązującej coraz
większą wagę do spraw środowiska i ekologii. Wystarczy tu przypomnieć choćby sztokholmską „Deklarację w sprawie środowiska człowieka" z 1972 roku, generalny Program Działań Agenda-21 podpisany przez Polskę w Rio de Janeiro w
1992 roku, czy wreszcie Kartę Miast Europejskich na rzecz Ekorozwoju z 1994. Wszystko to pasowało jak ulał do łódzkich problemów, bo w 1983 r. miasto wraz z całą aglomeracją zostało oficjalnie zaliczone do
strefy ekologicznego zagrożenia i już nie było na co czekać. Pierwszym skutecznym uderzeniem było przyjęcie przez zarząd miejski w 1992 roku długofalowego programu gospodarki odpadami komunalnymi. Objął on m.in.
selektywną zbiórkę odpadów i ich segregację, urządzenie wydajnych kompostowni i spalarni, maksymalny odzysk surowców wtórnych oraz zgromadzonej w odpadach energii. Od początku ten program działał na zasadach samofinansowania.
Drugie uderzenie nosi datę 24 IX 1997, kiedy to Rada Miejska Łodzi przyjęła założenia polityki ekologicznej co najmniej do roku 2020, w której obowiązywać ma reguła „rozwoju zrównoważonego", czyli
zachowywania równowagi między ekspansją gospodarczą a społecznymi potrzebami i warunkami życia. I faktycznie, od tego też roku wręcz widać poprawę warunków sanitarnych i środowiskowych w mieście. Poza hałasem komunikacyjnym
|
|
|
|
inne parametry zbliżają się już do obowiązujących.
Wykonano mnóstwo prac, do najważniejszych należą m.in. dalsza rozbudowa Grupowej Oczyszczalni Ścieków, rozbudowa deszczowej i przemysłowej sieci
kanalizacyjnej, ograniczenie tzw. niskiej emisji, likwidacja problemu odpadów szpitalnych, powiększenie areału zieleni miejskiej, rekultywacja nieczynnych wysypisk etc. Efektem jest już teraz znaczne zmniejszenie emisji pyłów,
dwutlenku siarki, tlenku węgla i innych zanieczyszczeń przemysłowych. Fachowcy twierdzą wręcz, że łódzka przyroda w części odzyskuje zdolność do samooczyszczania. Oczywiście, minie jeszcze wiele lat, nim
Łódź stanie się miastem naprawdę czystym i przyjemnym. Pracy jest moc, choćby przy stałej rozbudowie GOŚ, magistral rozdzielczych, przy ochronie wód podziemnych i powietrza, przy małej retencji na 18 wielkich rzekach itp.
Tę listę można ciągnąć jeszcze długo, jednak o ostatecznym rozwiązaniu i czasie, w jakim to nastąpi, przesądzą chyba trzy
sprawy, i to niezależne od samych władz miejskich. Pierwsza to, rzecz jasna, pieniądze. Miasto szacuje, że na te wszystkie inwestycje potrzeba w najbliższych latach ok. 1,5 mld zł, a tym samym niezbędne jest
wsparcie ze strony funduszy ekologicznych krajowych i zagranicznych. Ale nie sposób ich ocenić ani przewidzieć w tej chwili. Druga rzecz to zbyt wolny postęp w rozszerzaniu uprawnień administracji
samorządowej i jej kompetencji kontrolnych i egzekucyjnych w zakresie ochrony środowiska. Dobrze jednak, że chociaż trzeci warunek nie nastręcza takich kłopotów - to społeczna aprobata oraz przeświadczenie, że rozwój gospodarczy i
ochrona środowiska nie tylko się nie wykluczają wzajemnie, ale są ze sobą nierozerwalnie powiązane. W każdym razie presja społeczna na miejskie porządki jest już tak duża, że nikomu raczej nie przyjdzie do głowy ich wstrzymywać.
|
|