 |
 |
 |
 |
|
Fara znów z pełnym głosem |
|
|
|
Trudno w to uwierzyć, ale naprawdę nikt z turystów i przechodniów podziwiających na poznańskim Starym Rynku renesansową bryłę ratusza i "poznańskie koziołki"
na jego wieży w południe nie ma naprawdę pojęcia, że 200 m za jego plecami, przy ulicy Gołębiej, mieści się rarytas mający niewiele równych w całej Europie. Kościół farny, bo o nim mowa, jest dość
nieszczęśliwie wtłoczony w ciasną, staromiejską zabudowę. Za to w środku mamy jedną z najpiękniejszych w Polsce świątyń barokowych, o niepowtarzalnej architekturze, wspaniałym sklepieniu kolebkowym (jest to jedyny
obiekt sakralny w Poznaniu wpisany na listę Dziedzictwa Kultury UNESCO) i z jedynymi w kraju organami mistrza saksońskiego Friedricha Ladegasta. Ten XIX-wieczny twórca organów ma na swoim koncie w sumie 127 wspaniałych
instrumentów organowych, a poznański był siedemdziesiątym z kolei. Wszystko od początku źle się zapowiadało, na przekór finałowi. W 1875 r., gdy montowano same organy, budynek fary liczył sobie już 180 lat. To
stwarzało nie tylko problemy techniczne, choćby ze względu na wielkość i wagę instrumentu, lecz głównie akustyczne. Zazwyczaj już w trakcie budowy świątyni architekci, organiści i akustycy określali wzajemne warunki i
uzależnienia. Tu o tym nie było mowy, trzeba było dostosować projektowany instrument do istniejącej bryły wnętrza i jego naturalnej akustyki, a mimo to uzyskać doskonałe brzmienie i dźwięk pełnej orkiestry, bo tym
właśnie są organy - skondensowaną orkiestrą. Mają w sumie kilkanaście brzmień, mają w sobie dźwięk i instrumentów dętych blaszanych, i drewnianych, grają w nich smyczki, puzon i fagoty, oboje i wiolonczele.
Tego się nie da opisać, to trzeba czuć i słyszeć. Ale F. Ladegast podjął wyzwanie. Poznańskie organy farne zaliczane są do tzw. "wielkich", mają 43 głosy, a napęd jeszcze mechaniczny. Ladegast był w tym czasie
bardzo znanym organmistrzem. Na przykład Franciszek List komponował specjalnie muzykę organową dla instrumentów zbudowanych przez niego, zaprzyjaźniony był też ze słynnym Aristidem Caval-Coll, a Piotr Czajkowski
zamawiał u niego organy dla konserwatorium moskiewskiego. No, towarzystwo pierwsza klasa. Poznańskie organy były gotowe w roku 1876, liczą zatem 124 lata, a po takim czasie wszystko potrzebuje naprawy. Już od
8 lat grupa organistów - pasjonatów (Elżbieta Karolak i Grzegorz Celiński) i muzyków występujących społecznie, bez wynagrodzenia na koncertach charytatywnych, zaczęły gromadzić fundusze. Zebrali 200 tys. złotych, na sam
początek prac starczyło. Do akcji przyłączyły się wszystkie lokalne media, które za darmo propagowały na prawo i lewo sam pomysł. W tym samym czasie, za pośrednictwem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, powołanej
przez byłego kanclerza RFN Helmuta Kohla i byłego premiera RP Tadeusza Mazowieckiego, udało się na ten cel uzyskać 630 tys. zł. i w oparciu o te pieniądze toczą się dotychczasowe prace. Ogłoszono przetarg wykonawczy
z zastrzeżeniem absolutnego profesjonalizmu wykonawcy. Zgłosiło się kilka firm niemieckich i polskich. Ostatecznie prace powierzono niemieckiemu warsztatowi z Poczdamu, firmie Alexander Schuke z tradycjami
konserwatorskimi sięgającymi 1820 roku oraz polskiej firmie Marka Cepki z |
|
 |
 |
 |
|
 |
 |
|
 |
|
|
|
Popowa koło Wronek, znającej poznańskie organy jak mało kto. Chodziło też o to, aby Polacy wymienili doświadczenia ze sławnymi niemieckimi partnerami.
To właściwie nie jest remont poznańskich organów, a ich kompletna renowacja, rozbiórka instrumentu na elementy pierwsze, naprawa wszystkich piszczałek i ponowny montaż wszystkich mechanizmów. W 1917 roku
oryginalne, cynowe piszczałki zostały zarekwirowane na cele wojenne. W latach trzydziestych zastąpiono je cynkowymi. One co prawda grały dobrze przez te ostatnie 70 lat, ale to nie to samo. W tej chwili zamówiono
w Niemczech ponownie piszczałki z cyny o 96 proc. czystości. Całkowicie odnowiona będzie także szafa organowa, a w istocie pudło rezonansowe, zbudowane w 1875 r. przez Józefa Zeylanda. Tu każdy zniszczony
kawałek drewna musi być zastąpiony identycznym, z takiego samego gatunku, o identycznym układzie słojów itp., by odtworzyć pierwotne walory. A chodzi m.in. o jodłę syberyjską, szlachetne modrzewie i dęby, potrzebne będą
także specjalne gatunki skór etc. Stąd się bierze wysoki koszt tych prac (1 200 tys. zł). W końcu lipca przyszłego roku poznańskie organy znów zagrają pełnym głosem. Staną się nie tylko olbrzymią atrakcją
turystyczną, ale również instrumentem koncertowym. Planowane są już festiwale organowe, do gry szykują się najlepsi organiści nie tylko z Polski. Wykonawcom brakuje jeszcze w tej chwili ok. 100 tys. zł, ale
bez wątpienia tę sumę uda się zgromadzić, bo ranga instrumentu jest tym wyższa, że jest to czysty autentyk, nigdy nie przebudowywany, o niespotykanych w Polsce walorach brzmieniowych. |
|
|
 |
|
|