|
|
|
|
|
|
|
Klejnoty w pięknej oprawie
Jastrowo 2006
|
|
|
|
Z ławic pereł i ławic korali
to tytuł czwartej już edycji biesiady wotoczeniu
sztuki, zorganizowanej przez doktor Jolantę Śmiałowicz
i profesora Jerzego Handschke we własnej posiadłości
w Jastrowie koło Szamotuł. Ci miłośnicy sztuki
i perfekcjoniści - o czym dobitnie świadczą ich
poczynania - na co dzień zajmujący się, odpowiednio,
medycyną i ekonomią, raz w roku organizują znakomite
imprezy kulturalne, których nie powstydziłyby
się duże instytucje. Gdyby oczywiście miały takie
pomysły i potrafiły je z rozmachem zrealizować.
W bieżącym roku na tradycyjne czerwcowe spotkanie
przybyło 400 osób i to nie tylko z Poznania i
okolic, ale i z Warszawy, Krakowa, Gdańska, Szczecina,
Katowic, Rzeszowa i Olsztyna. Wielu tegorocznych
gości było przedstawicielami wyższych uczelni
ekonomicznych. Fenomenem tych imprez nie są jednak
znamienite i utytułowane osoby, choć takich nie
brakuje, ale to, że do tych biesiad od lat są
włączani mieszkańcy wsi. Na przykład wtym roku
przy ognisku do trzeciej nad ranem tubylcy bawili
się z "VIP-ami".
|
|

Miernik, olej, 50x50 cm, 2006
|
|
Gospodyni zwana Dziedziczką twierdzi, że bez
wydatnej pomocy mieszkańców Jastrowa oraz głównego
sponsora PZU SA takich imprez nie udałoby się
organizować. I z pewnością wie, co mówi. Ugościć
iwprawić w dobry nastrój czterystu gości, gdy
z nieba leje się żar, to nie taka prosta sprawa.
Zwłaszcza, gdy niektórzy - jak niżej podpisany
- z powodu wysokiej temperatury nie degustowali
napojów wyskokowych, nawet znakomitych nalewek
Emila. Niemniej poczęstunek, jak co roku, był
wyśmienity: wędzone jesiotry, rozmaite gatunki
śledzi, wielkopolskie pyry z gzikiem. Poza tym
grill i inne cuda, jak szesnaście placków, zktórych
dwa upiekła sołtysowa Teresa Starosta, a czternaście
niezawodna i znakomita Bogunia Nowakowska. Co
to za kobieta i gospodyni?! Palce lizać!
Skoro jesteśmy przy oprawie klejnotów, czyli prac
będących clou imprezy, warto wspomnieć, że tym
razem grał na niej zespół jazzowy Leszka Ranza
"Swing Control", który można usłyszeć w poznańskim
"Czerwonym Fortepianie". Swego rodzaju oprawą
byli również ze swoimi pracami inni artyści biorący
udział w czerwcowym przedsięwzięciu, ale o nich
za chwilę. Obecnie bowiem pora na przedstawienie
głównej atrakcji spotkania, a mianowicie wyrafinowanej
twórczości Andrzeja Tomaszewskiego, malarza z
Piły. Okazuje się, że jeśli się dobrze rozejrzeć,
to można nie sięgając daleko znaleźć sztukę wysokiej
próby i swoim odkryciem podzielić się z przyjaciółmi
iznajomymi. Tomaszewski, rocznik 1945, absolwent
poznańskiej PWSSP zroku 1972 od wielu lat funkcjonuje
na obrzeżach rynku sztuki, ponieważ - jak mówi
- maluje tylko dla przyjaciół wkraju i za granicą.
Nigdzie się nie reklamuje, gdyż nie nadążyłby
realizować zamówień. Jest oczywiście malarzem
znanym i nagradzanym od drugiej połowy lat 70.,
ale słyszeli onim i widzieli jego obrazy przeważnie
ludzie interesujący się sztuką. Dlatego myślę,
że oleje tego artysty znakomite warsztatowo dla
wielu gości Joli Śmiałowicz iJerzego Handschke
były sporym zaskoczeniem.
"Jego obrazy - pisał we wstępie do katalogu artysty
towarzyszącego wystawom Jarosław Łukasik - przypominają
zatrzymane kadry, które wyłaniają się z magmy
malarskiej materii niczym ulotne fatamorgany.
Artysta realizuje się w nich jako malarz przestrzeni
zastygłych. Jednak fragmentaryczność, wrażenie
kadru wyrwanego zkontekstu szerszej panoramy wypełnia
ów brak wewnętrznego ruchu". I jeszcze jedno trafne
zdanie: "Obrazy tchną niepokojącym pięknem zastygłego
porzucenia". Artysta nie maluje z natury, tego
co widzi, ale światy ze snu i wyobraźni. Przypuszczam,
że niezbyt chętnie podróżuje, bo nie musi napawać
się coraz to innymi widokami. Zapewne woli malować
własne odczucia i skojarzenia niż to, co dzieje
się w świecie zewnętrznym. Przykładowo jego Himalaje
to nie realne góry, lecz spiętrzone przedmioty
codziennego użytku, tworzące jakąś niezwykłą budowlę.
Prace artysty nie dają się usytuować w tradycyjnych
gatunkach, bo ich przedmiotowy ład zostaje podważony
surrealnymi i poetyckimi skojarzeniami, spowodowanymi
nie tyle niezwykłością obrazowania, co sposobem
kształtowania materii malarskiej. W Jastrowie
można było obejrzeć duży fragment twórczości artysty,
bo aż 81 prac, powstałych głównie wostatnim okresie
oraz 4wcześniejsze oleje pochodzące z kolekcji
profesorstwa Wandy i Wojciecha Gaczków.
Na zakończenie trzeba wspomnieć jeszcze o dwóch
kwestiach. Pierwszej, sympatycznym zwyczaju przypominania
artystów wystawiających swoje prace w poprzednich
latach. Tak więc rzeźbiarka Maria Wojtiuk, grafik
Elżbieta Radzikowska i malarz Marek Cierniewski
mieli do dyspozycji ściany i wnętrze ogromnej
stodoły. I druga sprawa, obudowywanie głównej
ekspozycji, zwykle zaliczanej do sztuki tzw. czystej,
mniejszymi prezentacjami sytuującymi się wśród
sztuki użytkowej. W bieżącym roku była to dzianina
artystyczna Zuzanny Barteckiej z Wrocławia i biżuteria
bursztynowa Danuty i Romana Wojtiuków. Obie ekspozycje
cieszyły się dużym zainteresowaniem, szczególnie
ze strony pań. Wiele z nich, jak znana mi pani
G., zaopatrzyły się w modne ubiory.
Jastrowska impreza rozrasta się i odwiedza ją
coraz więcej ludzi. Przynajmniej takie miałem
wrażenie. Niemniej organizatorzy wciąż dbają o
wysoki poziom zarówno klejnotów, jak i oprawy.
Tak trzymać!
Andrzej
Haegenbarth
|
|
|
 |
|
|
|
|
|
|
|
|